Gdzieś Na Końcu Świata

Standardowy

Jeszcze dwa lata temu mało wiedziałam o Australii i raczej nie interesował mnie ten odległy kontynent. Kojarzył mi się najpierw z pająkami, na drugim miejscu z kangurami, a dopiero później z nieustannym słońcem, plażami, misiami koala i wężami. Dwa lata i jakieś 15 państw później, krótko po skończeniu 28 lat odwiedzam 28 kraj – Australie. Mieszkam w Perth – stolica Australii Zachodniej oraz najbardziej odosobnione miasto świata (najbliższe duże miasto to Adelajda oddalone o 2845 km).

Mapa Australii

Australia czyli Land Down Under – angielska potoczna nazwa, która wywodzi się ze znanej piosenki Land Down Under (kliknij, aby odsłuchać) to ogromny kraj/kontynent zamieszkiwany przez stosunkowo niewielką liczbę ludności, bo tylko około 24 mln. Dla porównania – Australia powierzchniowo przybliżona jest do Europy a mieszka tu mniej ludzi niż w samej Polsce (38 mln) – szaleństwo! Tutaj muszę też napomknąć o moim ukochanym Szanghaju – w samej tej ogromnej chińskiej metropolii mieszka również około 24 mln ludzi. To dopiero szaleństwo!

Pamiętajmy jednak, że Australia to głownie obszary pustynne. Cały środek kontynentu to pustynie i  wielbłądy. Tak, Australia ma w posiadaniu największą ilość wielbłądów spośród wszystkich krajów świata i wzbogaca się ich sprzedażą:)

Jestem w Australii od tygodnia, czyli dokładnie od ostatniego dnia sierpnia. Patrząc z perspektywy Europejczyka, pory roku są tutaj nieco poprzewracane. Wrzesień-listopad to wiosna, grudzień-luty lato, marzec-maj jesień a czerwiec-sierpień zima. Pierwszego września oficjalnie rozpoczęła się wiosna, ale powietrze nadal bywa nieco chłodne (szczególnie wcześnie rano i wieczorami) a temperatura schodzi do 10 stopni. Na plusie oczywiście. W ciągu dnia około 15 – 20. Podobno w zimie schodzi nawet do 0 stopni w nocy brrr🙂

Oj daleko ta Australia. Najkrótsze połączenia z Warszawy do Australii Zachodniej (Perth) to jakieś 20 godzin z jedną 5-godzinną przesiadką. Moja podróż trwała prawie dwa razy tyle, ale za to kosztowała mnie dużo mniej. Średni koszt to 2,500 zł w jedną stronę lub 4,000 zł w dwie. Ja kupując dwa osobne bilety (Warszawa – Bangkok, Bangkok – Perth) zapłaciłam 1,900 zł. Nie tylko oszczędziłam 600 zł ale również miałam okazję spędzić 10 godzin w Bangkoku, gdzie dobrze pojadłam, wzięłam wyczekiwany prysznic w jednym z hosteli, skorzystałam z mega taniej opcji masażu tajskiego, który po długim locie postawił mnie z powrotem na nogi. Tak więc same korzyści i przyjemności:-)

Pierwszy tydzień w Perth spędziłam poniekąd bezstresowo, czyli całkowicie po australijsku. Wszyscy tutaj wydają sie bardzo wyluzowani – już na lotnisku miałam okazję się o tym przekonać. Celnicy nie sprawdzili ani mojej wizy ani bagażu, co trochę mnie zdziwiło gdyż wiele się wcześniej naczytałam o ich lotniskowym rygorze- ale widocznie dane dotyczące mojej wizy wyświetliły im się w systemie. Jak już przechodziłam przez teren sklepu bezcłowego, jedna z ekspedientek przechodząc lekkim krokiem z uśmiechem powiedziała, że mogę skorzystać z próbek perfum, jeśli mam ochotę. Oczywiście, że miałam. Zazwyczaj człowiek czai się i mimo tego, że testery właśnie po to są, aby z nich korzystać, to i tak nachodzi nas jakieś dziwne uczucie niepewności i staramy się psiknąć szybko i najlepiej, żeby nikt nie widział;) Nie ma to jak swobodne psikanie! W każdym bądź razie Australijczycy wydają się radośni i rozmowni. Z czasem potwierdzę czy te pierwsze wrażenie okaże się trwałe.

Mój pierwszy bezstresowy tydzień wypełniły wycieczka do centrum Perth i znanego tutaj Kings Park, wypad do mniejszego miasteczka portowego na południe od Perth – Fremantle, przechadzki po pobliskich parkach i dzielnicach miasta, marketach, sklepach charytatywnych i kosztowaniu lokalnych fast-foodów oraz ‚wina w pudełku’ czyli goon box (tanie wino). Alkohole są tutaj wyjątkowo drogie (Żubrówka 700 ml za $46 czyli 135 zł ha!) tak więc aby nie zbankrutować pije się goon. W smaku całkiem dobre, a jeszcze lepsze z dodatkiem soku jabłkowego.

Kings Park w Perth

Widok z Kings Park na miasto Perth i rzekę Łabędzią Swan River

Jeśli chodzi o fast-food to mam na myśli tzw. Hungry Jacks, który zastępuje nasz Burger King. Robią tam pyszne burgery wegetariańskie. W całej Australii nie ma Burger Kinga i Burger King nie ma prawa się tutaj otworzyć, podobno Hungry Jacks to jego ulepszona wersja. Jak dla mnie super, bo w Burger Kingu w Polsce w ogóle nie ma opcji wegetariańskiej (chyba, że poprosisz o nie wkładanie mięsa i kończysz z bułką sałatą i pomidorem płacąc cenę jak za burgera hmm).

Perth jest stolicą Australii Zachodniej – największego ze stanów Australii. Mieszka tu około 2 mln ludzi. Miasto poza centrum, podzielone jest na wiele przedmieści. Są one ogromne i wydają się puste, wszyscy poruszają się samochodami lub autobusami, nikt nie chodzi pieszo, bo odległości są zbyt duże. Któregoś dnia postanowiłam przejść się po okolicy, szłam 30 minut i spotkałam zaledwie piątkę ludzi, z których dwoje to byli robotnicy drogowi. Czułam się jakby była niedziela, i tak jest codziennie.

Wszędzie spokój, cisza, do tego dużo dużo zieleni, zamiast gołębi widzi się tu papugi w kolorach różowo-popielatych (kakadu różowa) po angielsku pink and grey galah, czarno-żółto-zielonych (rozella czarnogłowa) – tutaj znana pod nazwą twenty eight czyli dwadzieścia osiem (tak, właśnie jak numer 28, bardzo nietypowa nazwa); a zamiast wróbli – równie małe czarno-białe tzw. wachlarzówki smoliste, których ogon przypomina wachlarz, a ich angielska nazwa wagtail wskazuje na częste ‚merdanie’ ogonkiem – śmieszne są:) Piękno Australijskich przedmieści jednak na papugach się nie kończy, a raczej powiedziałabym, że to dopiero początek. Tutejsze drzewa i kwiaty – TO jest dopiero kolorowy mix. Sami zobaczcie!

 

 

 

Papuga kakadu różowa

Papuga Kakadu Różowa

Kuflik (kalistemon)

Takie drzewka można zobaczyć niemal na każdej ulicy. Nazywają je Bottle Brush czyli ‚szczotka to butelek’ (polska nazwa to Kuflik/ Kalistemon)

Kuflik

Kuflik (szczotka do butelek)

 

Eukaliptus

Eukaliptus – wszędzie tych koleżków pełno

 

 

 

 

Łapa Kangura kwiat

Kolejny nietypowy kwiat o równie nietypowej nazwie Łapa Kangura – (lub jeśli wolicie -Anigozantus) ang. Kangaroo Paw

Kakadu biała

Kakadu biała- lubi się głaskać🙂

 

Szaleństwo w Hondurasie

Standardowy

Honduras – kraj, o ktorym jeszcze niedawno niewiele wiedzialam. A moze nawet O nim nie wiedzialam?

Im dluzej podrozuje tym bardziej normalny staje sie taki tryb zycia. Przyzwyczajam sie do ciaglego pakowania plecaka, rozkladania i skladania namiotu co kilka dni, codziennego studiowania mapy i dróg, ktore poprowadza mnie do kolejnego miejsca, kolejnego przystanku.. Norma jest, ze dopoki jest czas, to trzeba pojechac tez do sasiednich krajow, chocby tylko na kilka dni. Tak wiec juz odkad wjechalismy do Meksyku we wrzesniu, regularnie patrze na mape i widze: Meksyk, Gwatemala, Belize, Honduras, El Salvador, Nicaragua, Costa Rica i Panama. Znam nazwy tych krajow na pamiec i dokladnie wiem, gdzie znajduja sie na mapie. Tak wiec podroz uczy na wiele sposobow. Jestem w Hondurasie i jeszcze w tym tygodniu powinnam byc w El Salvador – ostatni kraj, ktory odwiedze podczas tej podrozy.

Niemal codziennie spotykam wielu turystow z przeroznych krajow, ale tylko garstka z nich podrozuje tanim kosztem, jak ja. Na ogól nie jadam w ‚drogich’ restauracjach, nie spie hotelach, nie zapisuje sie na wycieczki organizowane przez hostele. Nie wazne, ze wiecej czasu zajmuje mi znalezienie taniej miejscowej restauracyjki (cos na styl polskiego baru mlecznego) gdzie zazwyczaj jedza tylko miejscowi, kiedy to mozliwe, to spie u miejscowych uzywajac Couchsurfing, oraz sama ‚organizuje’ sobie wycieczki.  Celem mojej podrozy jest zapoznanie sie z kultura danego kraju, zobaczenie jak zyja miejscowi, co jedza, co robia, gdzie chodza zjesc… a nie podazanie za tlumem turystow w kolejne to miejsca wymienione we wszystkich przewodnikach.

Teraz pisze z mieszkania mojego aktualnego Couchsurfingowego gospodarza, ktory mieszka we wiosce blisko miasteczka Santa Barbara. Jego mieszkanie to jeden pokoj, jeden pokoj, ktory jest zarazem kuchnia, salonem, sypialnia, i jedyne dwa malutkie pomieszczenia z drzwiami to toaleta i prysznic. Wiele osob tak mieszka i jest to calkiem normalne. Nie odczulam, zeby klasyfikowalo sie to jako bieda. U nas jest to nie do pomyslenia. Nie potrafimy cieszyc sie z prostych rzeczy i z tego co naprawde w zyciu sie liczy – to, ze mamy bliskich sercu ludzi, zdrowie i wiele, naprawde nieskonczenie wiele mozliwosci, jedna z ktorych jest wyjazd i praca w innych krajach jesli w Polsce nam ciezko:) Tutejsi ludzie nie maja takich mozliwosci a mimo to sa szczesliwi i nie narzekaja. Ostatnio rozmawialam z jednym miejscowym i powiedzialam, ze w Polsce jest ciezko. Bardzo sie zdziwil i posmutnial. Wtedy mowie, ze jesli ma sie prace to tylko wystarczy na rachunki i jedzenie i zeby jeszcze cos oszczedzis to ciezko. A on na to z usmiechem: aaaa no to tak samo jak tutaj! To nie jest żle! Roznica jest taka, ze oni wiecej nie potrzebuja, jesli ma sie pieniadze na rachunki i jedzenie to znaczy ze jest dobrze.  Inna mentalnosc. Dlatego wlasnie kocham podrozowac i odkrywac rozne male zakatki swiata, gdzie naucze sie znacznie wiecej, niz we wszystkich znanych atrakcjach turystycznych.

Jako backpacker nauczylam sie oszczedzac nie tylko pieniadze, ale i jedzenie, szampon, wode a nawet papier toaletowy:D  Nie czuje potrzeby wychodzenia na zakupy po nowe ciuchy, kosmetyki czy gadzety. Mam ten sam maly zestaw ubran od 8 miesiecy, zapomnialam co to cien do powiek czy lakier do paznokci, jak mam dziure w bluzce czy skarpetce to ja zszywam, goracy prysznic traktuje jak niespodzianke urodzinowa(bo norma jest zimny prysznic lub wiadro z zimna woda) nie straszna mi noc w namiocie czy hamaku i kazdy oszczedzony jeden meksykanski peso, belizyjski dolar, gwatemalski quetzal czy honduraska lempira robi roznice. W domu czekaja na mnie kochajacy rodzice, siostra i reszta rodziny, przyjaciele, chlopak; jestem zdrowa, mam wystarczajaco pieniedzy na jedzenie, najpotrzebniejsze rzeczy i na bilet powrotny, a do tego podrozuje i poznaje ludzi z calego swiata! i wiecie co? chyba nigdy nie bylam szczesliwsza!

<3<3<3

Dlaczego postanowiłam nie zwiedzić wielkiego Tikalu

Standardowy

Wszyscy turysci podrozujacy po Meksyku i Ameryce Srodkowej wiedza o istnieniu ruin starozytnych Majów, ktorych jest tu cala masa. Niektore wieksze, inne mniejsze, jedne latwo znalezc i dojazd jest bezroblemowy a inne zakopane w dzunglach i lasach, ale trzeba przyznac, ze wszystkie sa bardzo imponujace i czlowiek widzac taka piramide zaczyna sie zastanawiac ..jak? i…dlaczego? i jest pod wielkim wrazeniem a potem wiecej pytan przychodzi do glowy, juz takie zwiazane z historia i faktami. I wtedy zalujemy, ze nie znamy calej historii Majów i pozostaje nam wpatrywanie sie w piramide i czujemy radosc nie wiedzac do konca dlaczego.

Po tym, jak wyjechalam z pieknej wyspy Caye Caulker zostawiajac okolo 5 nowych dobrych znajomych, 35 kotów i 4 psy, wyruszylam na zachod Belize. Autostopem dojechalam do wioski San Jose Succotz, gdzie mialam juz nagrany nocleg przez Couchsurfing. Moj plan rozciagal sie tylko o kolejne dwa dni, czyli zwiedzic okolice San Jose Succotz i obok miasteczko San Ignacio a pozniej ‚sie okaze’. Rodzina, u ktorej bylam zaproponowali, zebym pojechala na kilka dni do Gwatemali (bo granica jest tylko jakies 3km stad) zobaczyc Tikal i pobliskie miasteczka i potem wrocila do nich i z nimi pojechala na poludnie Belize, gdzie jeszcze nie bylam. Jak to ja, otwarta na propozycje, oczywiscie bez wahania sie zgodzilam! Czasem fajnie jak ktos planuje za Ciebie a Ty wskakujesz na gotowe:D

Wiec pojechalam..w miasteczku San Benito w Gwatemali zatrzymalam sie u kolejnej ‚Couchsurfingowej kolezanki’ Marii. Opowiedziala mi pewna historie, ktora ktos jej opowiedzial dawno temu jak byla mala. To historyjka o żabach, niby prosta historyjka, ale ma bardzo ciekawe i glebokie przeslanie…i dzieki tej żabkowej historyjce postanowilam, ze nie pojade zobaczyc wielkiego Tikalu.

Bylo sobie kilkanascie żab, ktore braly udzial w zawodach. Musialy wspiac sie na wysoka góre, kto pierwszy wespnie sie na sam szczyt, wygrywa.

Tak wiec żaby zaczely wielka wspinaczke, juz na samym starcie kilka najslabszych odpadlo, inne probowaly, ale plakaly i jęczały, ze to zbyt trudne i niemozliwe, zeby wspiac sie na sam szczyt. Powoli coraz wiecej żab rezygnowalo. Te, ktore nadal sie wspinaly, ciagle narzekaly jakie to ciezkie wyzwanie, ze niebezpiecznie, ze wysoko, ze boli, ze nigdy nie dojda na sama góre, ze to bez sensu.. i wiecej żab odpadło. Wkrótce wszystkie żaby się poddaly, oprócz jednej, ktora wytrwale szla w gore nie ogladajac sie za siebie i nie mowiac ani slowa. Weszla na sam szczyt wygrywajac zawody.

Po zawodach przyszedl do wygranej żaby reporter z miejscowej gazety i zapytal jak żabie udalo sie wejsc na sam szczyt tej ogromnej góry? Żaba nie odezwala sie slowem..

Odwiedzili żabe znajomi, po czym reporter gazety przyszedl do znajomych żaby: bylem u żaby zapytac jak udalo sie jej wykonac to trudne zadanie, ale żaba nie odpowiedziala mi na pytanie, czy wiecie moze dlaczego?…

Znajomi odpowiedzieli: żaba nic nie odpowiedziala bo jest głuchoniema…

Po tym jak uslyszalam to zakonczenie, to od razu wiedzialam, ze to bedzie moja ulubiona historyjka! Dokladnie pokazuje jacy jestesmy i jak reagujemy na to co mowia inni. Po uslyszeniu tej historyjki poczulam sie jeszcze szczesliwsza niz bylam i nie moglam sie doczekac, az podziele sie nia z innymi!

Pomysl teraz co zrobilbys, gdybys nigdy nie slyszal narzekania, komentowania, straszenia, ostrzegania, oceniania i krytyki innych ludzi na temat co Ty robisz lub co planujesz zrobic? Czy Twoje zycie byloby inne, czy bylbys teraz w innym miejscu, gdybys zawsze robil tylko to co TY chcesz a nie co inni oczekuja od Ciebie? Czy zrobilbys cos, co ocaniane bylo jako niebezpieczne? ryzykowne? głupie? szalone? bezmyślne? i czy zrobilbys cos co naprawde CHCIALES zrobic a nie to co POWINIENES robic?

Ja zawsze staram sie sluchac serca i robic to co czuje, ze jest dla mnie dobre i mnie uszczesliwi. Niestety czasami bardzo latwo jest sie zapomniec i zapomniec co tak naprawde sami chcemy i zaczynami robic to, co inni chca abysmy robili.

Jesli chodzi o Tikal, to kazdy podrozujacy po Ameryce Srodkowej chce go zobaczyc. Ale czy to prawda? Czy kazdy chce zobaczy Tikal, czy moze kazdy w Gwatemali oczekuje od nas, ze mamy go zobaczyc? Ciagle slyszy sie ‚musisz koniecznie jechac zobaczyc Tikal, jesli nie pojedziesz, to jakbys w ogole nie widzial i nie byl w Gwatemali’ i wtedy czlowiek zaczyna sobie wyobrazac ten Tikal jako jakis wielki wspanialy cud natury, ktory musi  byc faktycznie tak niesamowity, ze koniecznoscia jest pojechac go zobaczyc. Moze i tak jest, a moze nie.

Ja osobiscie doszlam do wniosku, ze Tikal to poprostu kolejna ruina starozytnych Majów. Napewno jest piekna i zapiera dech w piersiach, ale nie bardziej, niz wszystkie setki innych ruin w calej Ameryce Srodkowej. Dlaczego Tikal mialby byc wazniejszy od innych ruin a inne ruiny niedocenione? Niewiadomo dlaczego, ale Tikal stal sie najbardziej popularnym miejscem starozytnych Majów i dlatego tez cena za wejscie wzrosla do 20 dolarow amerykanskich, do tego wyznaczone sa autobusy wycieczkowe, ktore jezdza tylko do Tikal i tez kosztuja fortune(w porownaniu do miejscowych). Inne miejsca starozytnych Majow kosztuja okolo 4 – 5 dolarów i sa rownie piekne. Bez turystycznego wariactwa.

Zaczelam pytac miejscowych dlaczego Tikal jest wazniejszy od innych ruin i nikt nie potrafi odpowiedziec na to proste pytanie. Wszyscy odpowiadaja tak samo ‚hmmm no nie wiem’ a jedna osoba odpowiedziala tonem pytajacym ‚bo moze Tikal jest wiekszy od innych?’. Faktycznie jest troche wiekszy, a szczegolnie caly obszar ruin Tikalu jest duzo wiekszy, ale od kiedy co wieksze to lepsze?

Ja bylam zobaczyc Xunantunich – ruine Majów w Belize. Tylko jakies 100km od Tikalu. Bylam pod wielkim wrazeniem, ze szczytu najwyzszej piramidy widac i Belize i Gwatemale, przepiekne widoki przez cale 180 stopni. Naprawde warto pojechac i polecam wszystkim, ktorzy wybieraja sie do Tikalu, aby zobaczyli tez inne ruiny. Najlepiej najpierw zobaczcie te inne, i bardzo mozliwe, ze nie bedziecie czuli juz potrzeby zobaczenia Tikalu i zaoszczedzicie jakies 30 dolarów na cos innego, moze cos szalonego:)

Kazdy powinien byc jak ta wygrana żaba  – głuchy na to co mówia inni, róbcie to co podpowiada Wam serce, i to czego Wy naprawde chcecie, bo zycie jest tylko jedno. Otaczajcie sie ludzmi o pozytywnym mysleniu i wtedy wszystko stanie sie latwiejsze, mozemy osiagnac co tylko chcemy! Róbmy to, co nas uszczesliwia:)

Jestem szczesliwa!

Aldona

Cudowna wyspa i nowi przyjaciele

Standardowy

Oj nie bylo latwo opuszczac ta piekna wyspe i nowych znajomych. Niesamowite jak szybko mozna przyzwyczaic sie do ludzi i zawrzec przyjaznie z kims, kogo jeszcze tydzien, dwa tygodnie temu w ogole sie nie znalo. Jest to jedna z najpiekniejszych czesci podrozowania, ale rowniez najsmutniejsza, bo trzeba sie rozstac.. Z Laura i Donna zaprzyjaznilam sie bardzo bardzo szybko, wszystkie trzy pomagalysmy w hostelu i schronisku i bylo mega zabawnie. Laura to szalona dziewczyna z Hiszpanii, ktora wlasnie odbywa swoj rok przerwy miedzy ukonczeniem studiow a rozpoczeciem pracy. A Donna to niesamowita Amerykanka, ktora mimo swojego dojrzalego wieku, nadal podrozuje po pieknych wyspach aby moc uprawiac nurkowanie i snorkling, a przy tym wolontariusz. Kazda z nas inna, ale zapal do podrozowania i pragnienie odkrywania innych krajow nas polaczyly:)

W drodze na wyspe Caye Caulker poznalam tez jedna Belizjanke – Amire -kobiete o dobrej duszy, z ktora szybko zlapalysmy wspolny jezyk. Zaproponowala, zebym ‚pracowala’ u niej w restauracji, ale czy to byla praca? Raczej przyjemnosc! Zapraszalam turystow do naszej restauracji a takze zbieralam zamowienia i nawet pomagalam robic pizze:-) Super doswiadczenie a i pare groszy wpadlo:) Amira przywozila mi warzywa z Belize City (bo na wyspie dwa razy drozej) tak wiec nawzajem sobie pomagalysmy.

Ogolnie swietnie spedzone 2,5 tygodnia na Caye Caulker zadecydowaly, ze ta wyspa wspiela sie gdzies na szczyt listy Moich Ulubionych Miejsc. I zapewne bede chciala tam wrocic:)

Wolontariusz na pięknej wyspie Caye Caulker

Standardowy

Jak juz wspominalam podjelam sie wolontariuszu w schronisku dla kotow na wyspie Caye Caulker w Belize. Byla to bardzo szybka i spontaniczna decyzja, z reszta jak wiekszosc moich decyzji:-) O tym schronisku/hostelu dowiedzialam sie przypadkiem od Willa, ktory goscil mnie w miasteczku Corozal – pierwsze miasteczko po przekroczeniu granicy z Meksyku do Belize. Tak wiec wspomnial o schronisku o nazwie PAWS (co oznacza ‚łapy’) i szybko mnie to zainteresowalo, napisalam do wlascicielki i okazalo sie, ze akurat szuka kogos do pomocy od zaraz! Tak wiec spakowalam sie i nastepnego dnia juz tu bylam.

Spedzilam swietne dwa i pół tygodnia. Schronisko/hostel znajduje sie nad samym oceanem, wiec jest tu bardzo spokojnie, palmy, woda i zachod slonca, ktory widac z doku wszystko zapiera dech w piersiach. I tak codziennie…
Jesli chodzi o sam wolontariusz to do moich obowiazkow naleza karmienie okolo 35 kotów (to nie duzo, druga wolontariuszka ma jakies 50:) no i standardowe oproznianie kuwet sprzatanie zamiatanie i mniej przyjemne mycie podlogi jak ktorys kotek byl niegrzeczny i zamiast zalatwic sie w kuwecie to nasikal na podloge:D ogolnie wszystko zajmuje jakies 2,5 godz rano i 1,5 godz po poludniu. Zaleta(dla mnie) jest fakt, ze rano zaczynam o 6:30  i o 9:00 jestem juz po pracy:-) Zawsze lubilam wczesnie wstawac, czuje wtedy, ze mam calutki dzien i tyle mozna zdzialac!🙂 a przez Bryna ostatnie miesiace to bardzo sie rozleniwilam i spalam az do 10 czasem nawet 11! Zanim sie wstanie zje sniadanie/lunch to juz polowa dnia nie Twoja. Nie lubie.

Przez te dwa tygodnie mialam mnostwo czasu na uaktualnienie bloga, co mnie meczylo od dluzszego czasu, oraz na totalny relax, zero pakowania i przenoszenia sie z miejsca na miejsce, jak chce to wsiadam w kajak i plyne, jak chce to ide spac, jak chce to ide do sklepu i kupuje smazonego Jacka:D (‚fried jack’ co nazywam smazonym jackiem to takie placki smazone na glebokim oleju w srodku z fasola, jajkiem lub serem lub wszystkim na raz, pycha i tanie) do tego robie sobie kawke i siedze na tarasie patrzac w palmy i wode. Czego chciec wiecej od zycia???

Schronisko PAWS istnieje od 12 lat i niektore koty sa tutaj od poczatku. Wlascicielka pochodzi stad i po 30 latach spedzonych w USA wrocila tutaj opiekowac sie ojcem i postanowila pomoc ulicznym zaniedbanym i źle traktowanym przez miejscowych kotom. Hostel otworzyla dlugo pozniej i caly dochod z hostelu przeznaczony jest na schronisko. Wszystkie ponad 80 kotow sa zdrowe, zbadane przez weterynarzy oraz wysterylizowane. Weterynarze przyjezdzaja tu z roznych czesci swiata  aby robic operacje i badac koty i w zamian nie musza placic na nocleg. A jest tu naprawde pieknie, wiec kto by sie nie skusil?! Wlascicielka Madi wraz z weterynarzami jezdza rowniez po calym kraju, łapia bezpanskie koty i ich sterylizuja. Naprawde godne podziwu.

Kotki ze schroniska PAWS sa do adopcji, i chociaz Belize jest daleko, to kto wie, moze ktos sie kiedys skusi na pomoc kociakom. W przeciagu tych 12 lat okolo 100 kotow zostalo zaadoptowanych przez Amerykanow i Kanadyjczykow. Jedyne wymagania to kilka szczepionek, za ktore placi Madi wlascicielka, a jedyny koszt dla nowej rodziny kotka to dodatek do lotu czyli 100 dolarow amerykanskich(mozna go przewiezc jako bagaz podreczny).

Pozdrowienia z Belize…

Standardowy

Caly miesiac nic nie pisalam! A tyle sie wydarzylo. Po miesiecznej przerwie swiatecznej w USA, ktora spedzilismy w Polnocnej Karolinie z rodzina Bryna(bylo okolo 15 osob!), on wracil do domu do Australii (z przystankami w Norwegii, Tajlandii oraz Malezji – dlatego zajelo prawie 2 tyg) a ja z powrotem na poludnie, czyli od Cancun w Meksyku wybrzezem dojechalam do kraju Belize(maly kraj pod Meksykiem). Teraz jestem na wyspie Caye Caulker, gdzie podjelam sie wolontariuszu i pomagam w schronisku dla kotow polaczonym z hostelem:-) Tak wiec spie tu za darmo a w zamian karmie koty, sprzatam oraz pomagam przy zajmowaniu sie hostelem. To jest najlepsza czesc podrózowania – nigdy nie wiesz co Cie spotka, kogo Ty spotkasz i jakie atrakcje przyniesie los:) Najwazniejsze nie miec zadnego planu i byc otwartym na propozycje (no tak bez przesady:)

Tak wiec pierwsze dni bez Bryna byly oczywiscie bardzo ciezkie, bo po prawie 7 miesiacach, ktore spedzilismy razem 24 godz na dobe, byl to troche szok i panika, ze moze jednak powinnam byla z nim jechac! Aaaaa co ja tu robie, nie ma wariata, ktory mnie ciagle rozsmieszal i plakac mi sie chce. Myslalam, ze poprostu kupie nowy bilet i po tygodniu pojade do niego, albo chociaz do domu to zawsze latwiej z rodzina i przyjaciolmi przezywac tesknote:p jednak po kilku dniach zaczelam sie przyzwyczajac i doceniac czas, ktory mam tylko dla siebie, wiec postanowilam zostac troche dluzej. A za wariatem oczywiscie, ze tesknie  nie moge sie doczekac jak sie znow zobaczymy, w maju(tak, lece do Australii!!!!!!!!!:D)

W Cancun 3 dni spedzilam u jednej dziewczyny, ktora ugoscila mnie przez Couchsurfing, potem przenioslam sie na wyspe Isla Mujeres blisko Cancun, gdzie mieszkalam 2 dni w hostelu, nastepnie pojechalam(autostopem) do malej wioski Bacalar z przepiekna laguna, gdzie rowniez przenocowala mnie dziewczyna z Couchsurfingu, ktora mieszka z rodzicami i dziadkami, fajnie bylo zobaczyc prawdziwy meksykanski dom (najciekawsze to to, ze cala rodzina spia w hamakach, w jednym pokoju bylo tylko jedno male lozko(nieuzywane) i trzy hamaki:-) podobno jak spia na lozko to bola ich plecy hihi Po Bacalar przyszedl czas pozegnac sie z Meksykiem i przywitac sie z nowym krajem – Belize.

Jeszcze pol roku temu nie wiedzialam nawet, ze taki kraj istnieje:D A teraz wiem i jestem tutaj i jest pieknie. Jest to maly kraj jakies 15 razy mniejszy od Polski, tylko ok.330 tys mieszkancow. Jezyk urzedowy to angielski i w szkolach wszyscy musza mowic po angielsku, ale na ulicy i w domach wiekszosc mowi w jezyku kreolskim (nazywa go łamanym angielskim) lub hiszpanskim. Belize, wczesniej znane jako Honduras Brytyjski bylo jedyna kolonia brytyjska w Ameryce Srodkowej i dopiero w 1981 roku uzyskalo niepodleglosc od Wielkiej Brytani. Mimo to, królowa angielska nadal widnieje na pieniazkach:D – dolarach belizyjskich($1US = $2BZ).

Minal juz tydzien odkad jestem na wyspie Caye Caulker, prawdopodobnie zostane jeszcze tydzien i rusze dalej- nie wiem kiedy i gdzie i pewnie zadecyduje o tym dzien przed wyjazdem:-)

Pozdrowienia z Belize…

Plaże Pacyfiku i żółwie wodne:)

Standardowy

Nie ma to jak morze, plaza i slonce! Czego wiecej chciec?:-) W Meksyku jestesmy juz od dwoch miesiecy i chociaz wiele miejsc zrobilo na nas wielkie wrazenie to jednak tesknilo sie za plaza i woda. Nie wiem jak Wy, ale ja najlepiej relaksuje sie nad woda. Przez dwa miesiace spotkalismy zaledwie garstke turystow, wiec plaze ogolnie puste, wszystko bardzo tanie, wiec mozna wypoczywac bez konca:-) Cieplutka woda, goracy piasek i piekne widoki. A do tego wszystkiego mielismy okazje zobaczyc żółwie wodne, ktore w nocy wychodza na brzeg skladac jajka! Kazdej nocy kilkanascie gigantycznych żółwi wychodzi na brzeg, kopia dół w piasku i skladaja duzo duzo jajek:) Miejscowi ludzie zbieraja te jajka z malymi żółwiątkami aby ptaki ich nie porwaly i na nastepny dzien wypuszczaja je do morza. Nasi gospodarze pozwolili nam wypuscic 22 żółwiątka, niesamowite przezycie! Wlasnie pazdziernik i listopad to miesiace, w ktorych mozna zobaczyc tak wyjatkowe wydarzenie, wiec jesli ktos rozwaza wakacje w Meksyku, to koniecznie w listopadzie nad Pacyfikiem:)